poniedziałek, 19 września 2011

Najważniejsze miejsca w Madrycie w jeden dzień + lot do Portugalii!

11.09.
Z rana mój hinduski znajomy był bardzo speszony wczorajszą sytuacją, więc przepraszał mnie przed i po śniadaniu. Słusznie, bo nie podobało mi się jego zachowanie. Próbował mi to wszystko wynagrodzić oprowadzając mnie po Madrycie. Ponownie zrobiliśmy wczorajszą trasę, tyle że tym razem zatrzymaliśmy się na robienie zdjęć, przy każdej atrakcji turystycznej. Bardzo podobał mi się pomnik niedźwiedzicy na głównym placu.
Podczas mojej wyprawy nie raz miałam okazję się przekonać, ze jestem szczęściarą. Tym razem udało mi się załapać na targ staroci na ulicach starego miasta. Czytałam nawet o nim w samolocie do Hiszpanii w gazecie dla podróżujących.
Później wzbogaciliśmy naszą wczorajszą trasę o kilka kościołów i katedrę. Przed nią stal pomnik Jana Pawła II, więc czułam się jak w domu. To pierwszy kościół jaki widziałam, który w środku miał wystrój w stylu popartu. Bardzo mi się podobały wnętrza.
Mojego farciarstwa ciąg dalszy! Miałam okazję widzieć wyścig kolarski na ulicach Madrytu! Atmosfera super, bo dużo ludzi kibicowało. Trochę to utrudniało komunikację. My np. mieliśmy problem w przejściu przez ulicę, żeby się dostać do Muzeum Prado. Na szczęście w grupie siła, więc wraz z innymi przeszliśmy przez barierki. Ja za wstęp do muzeum nie musiałam płacić(!! magia karty studenckiej), za to on wybulił 10 euro za szybki spacer niektórymi korytarzami. Tyle tylko, że zobaczyliśmy Goyę i do widzenia.
Od tego momentu zaczęła się walka z czasem. Sparaliżowane miasto przez wyścig kontra ja śpiesząca się na lotnisko. Dzwoniłam nawet do brata, żeby sprawdził mi z którego terminala odlatuje mój samolot. Nie miałabym czasu na to już w domu. Ostatecznie musiałam wziąć taksówkę. Marokańskiemu kierowcy zapłaciłam ponad 20 euro. Tak się śpieszyliśmy, że byłam nawet sporo przed czasem.
Tyle ostatnio latam, że zaczynam się już troszkę mniej tego bać niż kiedyś. Nawet się nie zorientowałam, a byłam już w porto! Na lotnisku znalazłam punkt informacji turystycznej, gdzie za darmo dostałam mnóstwo map i nawet przewodnik po regionie. Miłym zaskoczeniem było, że ktoś w końcu mówi po angielsku-to już nie Hiszpania. Znalazłam wygodny kącik i na czytaniu przewodnika i jedzeniu konserw minęło mi 5 godzin. Po tym czasie mogłam się już spokojnie przenieść do metra i jechać na spotkanie z Gersonem. Myślałam, że to znajomy Sofii, ale okazało się, że jest to tylko chłopak z AIESEC, który zgodził się mnie przenocować. Spotkałam się z nim i jego znajomymi w barze i po jednym fino(piwie) poszliśmy do domu. Zasnęłam jak dziecko w wielkim materacu, który polożył mi na środku swojego pokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz